Gabriele Muccino, wspólnie z Delią Ephron, adaptuje jej powieść Siracusa. Dwie zaprzyjaźnione pary z rzymskiej klasy średniej, po dwudziestu latach wspólnego życia, wyjeżdżają do Tangeru. Mają nadzieję tchnąć w swoje związki nowe życie. Dla każdego, kto pracuje z parami, to znajomy mechanizm. Jeśli trzeba jechać na koniec świata, by „odzyskać dawną energię”, być może w domu od dawna unika się ważnej rozmowy. „O czym sobie nie mówimy” (oryg. Le cose non dette), czyni z tej obserwacji główny temat. To film nierówny, jednak zaskakująco trafny w portretowaniu mechanizmów unikania.
Milczenie, które mówi wszystko
Carlo, grany przez Stefano Accorsiego, jest profesorem filozofii i autorem jednej książki, po której przyszła wieloletnia blokada twórcza. Jego żona Elisa (Miriam Leone) robi karierę jako dziennikarka i to jej nazwisko jest dziś rozpoznawalne. Ta asymetria nie zostaje między nimi nazwana i właśnie dlatego pracuje w tle każdej sceny. Z klinicznego punktu widzenia to podręcznikowa ilustracja aksjomatu Watzlawicka: nie da się nie komunikować. Milczenie w tym małżeństwie nie jest brakiem komunikatu, a konkretnym komunikatem. Jego zadaniem jest regulatorem lęku, co sprawia, że chwilowo obniża się napięcie, a długofalowo się kapitalizuje.
Ciekawie wypada portret kryzysu połowy życia Carla. To nie jest prosty schemat „mężczyzna ucieka od starzejącej się żony”. Bohaterowie mierzą się z bezdzietnością. Film pokazuje coś, co w gabinetach widuje się często: żałobę po niezrealizowanym rodzicielstwie, której nikt nie uprawomocnił. Strata, o której nie wolno mówić, bo formalnie „nic się nie stało”, nie znika; szuka sobie obiektu zastępczego. Pojawienie się Blu (Beatrice Savignani), młodej studentki czytam więc nie jako historię pożądania, a bardziej jako próbę zatrzymania czasu. Romans w roli protezy ciągłości, obietnicy, że jeszcze nie wszystko rozstrzygnięte.
Druga para – Anna i Paolo (Carolina Crescentini i Claudio Santamaria) – prowadzi jawną wojnę. Krzyki, wzajemne rozliczenia, konflikty w miejscach publicznych nie są im obce. Również na wakacjach. Między frontami stoi ich trzynastoletnia córka Vittoria (Margherita Pantaleo) – inteligentna, spostrzegawcza, emocjonalnie pozostawiona samej sobie. Film intuicyjnie odtwarza logikę systemu rodzinnego. Gdy podsystem rodzicielski przestaje pełnić swoją funkcję, dziecko staje się sejsmografem napięcia i zaczyna szukać bezpiecznej figury przywiązania poza domem. Znajduje ją w Carlu. I tu scenariusz dotyka sprawy, którą warto wypowiedzieć wprost: taka więź nie jest „uroczą przyjaźnią”, tylko sygnałem alarmowym. Dorosły, który wchodzi w rolę powiernika zaniedbanego emocjonalnie dziecka, bierze na siebie odpowiedzialność za granice – wszystkie, bez wyjątków. Film pokazuje, jak łatwo dorośli pochłonięci własnym kryzysem przestają widzieć dziecko, dopóki nie stanie się „problemem”.
Cztery wersje jednego Tangeru
Formalnie najciekawszym pomysłem jest rama narracyjna, przeniesiona z powieściowego pierwowzoru, który Ephron zbudowała z naprzemiennych, pierwszoosobowych głosów: bohaterowie relacjonują wydarzenia z Maroka już po fakcie, odpowiadając na pytania kogoś spoza kadru. Każde z nich opowiada inną historię o tych samych dniach. To struktura, którą terapeuci par czy seks coache/coachynie pracujące z parami/polikułami znają z pierwszych sesji – osoby przynoszą spójne wewnętrznie, wzajemnie sprzeczne wersje wspólnego życia i obie mówią prawdę w sensie psychologicznym.
Pamięć autobiograficzna nie jest rejestratorem; jest adwokatem. Szkoda, że Muccino nie ufa temu chwytowi do końca i zamiast konsekwentnego wielogłosu dostajemy raczej ozdobnik. Jednak nawet w tej formie rama dobrze wzmacnia główny temat. Samousprawiedliwienie jako podstawowy mechanizm obronny ludzi, którzy skrzywdzili i zostali skrzywdzeni w tym samym małżeństwie.
Perspektywa seksuologiczna: pożądanie nie umiera od braku okazji
Seksuologicznie film krąży wokół dobrze opisanego paradoksu: miłość karmi się bliskością i przewidywalnością, pożądanie – dystansem, odrębnością i odrobiną tajemnicy. Bohaterowie próbują rozwiązać ten dylemat geograficznie, jakby nowa sceneria mogła zastąpić nowe spojrzenie na osobę partnerską. Nie może. Erotyzm w długim związku nie gaśnie z powodu braku egzotycznych bodźców, tylko z powodu utraty kontaktu – a kontaktu nie odbudowuje się w riadzie z widokiem, jeśli przy śniadaniu nadal rozmawia się wyłącznie o logistyce.
Wątek zdrady poprowadzony jest zgodnie z tym, co dziś wiemy o romansach w stabilnych związkach: rzadko chodzi w nich o poszukiwanie innego partnera, częściej o poszukiwanie innego siebie. Carlo nie ucieka do Blu od Elisy; ucieka od własnego lustra – od bilansu mężczyzny, który miał być pisarzem i ojcem, a nie został żadnym z nich. Tajemnica pełni tu funkcję erotycznego paliwa: transgresja podnosi temperaturę dokładnie o tyle, o ile później podniesie koszty. Warto też odnotować wątek seksualności pary zmagającej się z bezdzietnością. Temat w kinie podejmowany rzadko, a klinicznie i w pracy w obszarze seksualności istotny, bo seks podporządkowany najpierw prokreacji, a potem unikaniu rozmowy o stracie, przestaje być językiem bliskości i staje się polem minowym.
Osobny akapit należy się temu, jak film obchodzi się z dojrzewaniem Vittorii. Sama decyzja, by pokazać nastolatkę odkrywającą własną odrębność i cielesność w domu, w którym nikt jej nie widzi, jest psychologicznie zasadna. Problem leży w realizacji: kamera Muccina bywa momentami zbyt dosłowna tam, gdzie warto by obowiązywała powściągliwość.
Podsumowanie
„O czym sobie nie mówimy” jest filmem, który zostawia po sobie coś znacznie ciekawszego niż samo wrażenie. Pokazuje, jak z pozornie zwyczajnego przemilczenia może powstać cały system unikania. Niewypowiedziana strata, niewyrażona złość, kryzys własnej tożsamości, zdrada i wreszcie próba odzyskania bliskości poprzez ucieczkę. To właśnie dlatego film może być szczególnie interesujący dla osób pracujących z parami/polikułami. Jako obraz tego, co dzieje się gdy przez lata nie nazywamy tego, co się dzieje między nami.
Najciekawsze pytanie nie brzmi więc: „czego bohaterowie sobie nie mówią?” lecz : „co musiałoby się wydarzyć, żeby wreszcie mogli to powiedzieć?” Bo kryzys związku rzadko zaczyna się w chwili zdrady czy wielkiej awantury. Znacznie częściej zaczyna się wcześniej – w kolejnych rozmowach, których nie odbyliśmy, pytaniach, których nie zadaliśmy, i emocjach, które uznaliśmy za zbyt trudne, by je wpuścić do relacji. I właśnie w tym sensie film Muccina okazuje się bardziej trafny, niż sugerowałaby jego nierówna forma. Przypomina, że bliskość nie wymaga braku tajemnic, lecz miejsca, w którym można bezpiecznie powiedzieć prawdę.


