Są książki, które czyta się głową. Tę czyta się niżej: w gardle, w splocie słonecznym, w napięciu bioder. Debiut Małgorzaty Kośli (Wydawnictwo Cyranka, 2026) opowiada o dziewczynie, która o własnej seksualności dowiaduje się wszędzie – u koleżanek, w kolorowych pismach, w cudzych spojrzeniach – tylko nie w domu. I o kobiecie, która wiele lat później wciąż mówi tamtym alfabetem.
Seksualność, która nie pyta o pozwolenie
To nie jest książka o seksie. To książka o tym, czego dziewczynka uczy się o sobie samej, kiedy nikt jej tego nie tłumaczy, a ciało na te tłumaczenia nie czeka.
Bohaterka odkrywa własną cielesność etapami – najpierw sama, potem z innymi – i za każdym razem sprawdza, ile wolności naprawdę ma. Autorka nie łagodzi tych scen i nie robi z nich prowokacji. Opisuje pożądanie jako coś, co po prostu jest: wcześniej niż słowa, wcześniej niż wstyd, wcześniej niż cudza ocena.
Zawodowo widzę tu rzecz, o której rozmawiam w ramach sesji gabinetowych. Kiedy dziewczyna nie dostaje w domu żadnego języka na swoją seksualność, ciało staje się jedynym narzędziem, jakie ma pod ręką. Zarówno do sprawdzania granic, do budowania poczucia sprawczości, do zdobywania uwagi, jak i do targowania się o bliskość. I to może tak działać bardzo długo.
Tęsknota, czyli głód, który nie ma nazwy
Pod całą tą cielesnością leży coś znacznie prostszego i znacznie trudniejszego do przyznania: tęsknota.
Za byciem widzianą bez warunków, matką, która jest, a jednocześnie zabiera zbyt dużo. A także wersją siebie sprzed wstydu. Kośla opisuje ten głód bardzo uczciwie. Zupełnie nie jako romantyczny brak, tylko jako stan. Coś, co ściska, ciągnie, każe iść dalej, niż mamy na to ochotę.
I tutaj pada pytanie, które chciałabym zostawić Ci na dłużej: czego tak naprawdę szukałaś w sytuacjach, o których dziś wolałabyś nie pamiętać? Bardzo często odpowiedź nie brzmi “seksu”. Brzmi: kontaktu, ulgi, dowodu, że jestem coś warta.
Żałoba: kiedy grunt znika w środku dorastania
Druga oś tej powieści to strata. Choroba i odchodzenie matki wchodzą w środek procesu, który dopiero się zaczął – i zmieniają wszystko, także relację bohaterki z własnym ciałem.
Kośla robi coś, na co mało kto się odważa: pokazuje, że pożądanie i żałoba potrafią mieszkać w jednym ciele, w tym samym tygodniu, czasem w tej samej godzinie. Że można chcieć czyjegoś dotyku właśnie dlatego, że ktoś umiera. Że to nie jest zdrada ani zaburzenie, tylko coś w pełni naturalnego. Czasami objawia się to jako dowód na to, że się jeszcze żyje.
Jeśli czytasz to z własną historią straty – to jeden z najbardziej odwstydzających fragmentów tej książki. Wstyd za własną seksualność w czasie żałoby jest jedną z najcięższych rzeczy, jakie ludzie przynoszą do gabinetu. I jedną z najbardziej powszechnych.
Przemoc, której nikt nie nazywa przemocą
To jest ten temat, o którym najtrudniej pisać recenzje, bo w tej książce przemoc rzadko ma dramatyczną formę.
Jest w komentarzu o wyglądzie. W tym, że “sama się prosiła” czy obecności starszego chłopaka, który dokładnie wie, ile ta dziewczyna ma lat.Ale też w dziewczyńskim wyśmiewaniu, które boli tak samo jak męskie sięganie po cudze ciało. W miłości matki, która potrafi być zaborcza i pochłaniająca. Rzeczy dzieją się bez awantury, w tle, w codzienności. Być może dlatego bohaterka nie ma jak ich nazwać.
Kośla tego nie tłumaczy. Nie stawia diagnoz i nie wyjaśnia, kto tu jest ofiarą. Zostawia to w narracji dokładnie takim, jakie było wtedy: nieopisane. To bolesne w lekturze i uczciwe wobec doświadczenia. Bo tak to zwykle wygląda od środka – słowo “przemoc” przychodzi dopiero po latach, często dopiero w gabinecie.
Język, który zmienia wiek – i dlatego się nie da odłożyć
Największa siła tej książki jest jednak w rytmie.
Kośla pisze zdaniami, które zmieniają wiek razem z bohaterką. Czasem masz wrażenie, że czytasz spisaną opowieść dziecka – skojarzenia idą po zapachach i obrazkach, zdania są krótkie, ciekawość jest bezwstydna, bo nikt jej jeszcze nie ustawił. Chwilę później to już nastolatka: pęd, brawura, kilka rzeczy naraz, twardość podszyta paniką. A potem wchodzi głos dorosłej kobiety, która wie, jak to się skończyło, i patrzy na tamtą siebie bez taryfy ulgowej, ale i bez pogardy.
Te warstwy nie są rozdzielone rozdziałami. Przelewają się przez siebie w obrębie jednej strony. To jest dokładnie ten mechanizm, który sprawia, że książkę czyta się jednym ciągiem. Nie “chcę wiedzieć, co dalej”. Raczej: nie chcę przerywać.
Psychologicznie jest to zresztą bardzo trafne. My wszystkie mieścimy w sobie te okresy życiowe jednocześnie. W dorosłym związku odzywa się nagle dziesięciolatka. W kłótni – piętnastolatka. Kośla nie opisuje tego zjawiska. Ona zostawia przestrzeń na to, by samo o sobie dało świadectwo.
Dla kogo jest ta książka
Z pewnością dla osób, które szukają literatury o dojrzewaniu bez lukru i bez tabu. Dla tych, które pracują ze wstydem – własnym albo cudzym. Jak i dla osób, które lubią prozę prowadzoną językiem, a nie fabułą.
Uczciwie: dla kogo raczej nie. Jeśli jesteś teraz w świeżej żałobie po matce albo w intensywnym momencie pracy z doświadczeniem przemocy czy przekroczonych granic – ta książka może otworzyć więcej, niż dziś chcesz unieść. Nie jest to powód, żeby po nią nie sięgnąć. Jednak warto wybrać inny moment i mieć wokół siebie kogoś, z kim będzie można o tym pogadać.
Podsumowanie
“Mokre wilgotne” nie daje odpowiedzi i o nic nie apeluje. Daje coś rzadszego: zapis tego, jak dziewczyna uczy się siebie w świecie, który nie zamierza jej w tym pomóc. I jak dużo z tej nauki zostaje w kobiecie na później.
Zostawiam Cię z pytaniem, które ta lektura zadaje właściwie od pierwszej strony:
Czego Ty nauczyłaś się o swoim ciele, zanim ktokolwiek zapytał Cię, czego chcesz?


