„Girl dinner” zna każdy, kto choć raz przewijał TikToka: talerzyk przekąsek zamiast obiadu, jedzenie bez zasad i bez świadków. Justyna Hrycyk pożycza ten tytuł, żeby napisać o czymś znacznie większym niż moda z internetu: o głodzie i o ciele. To książka, która aż prosi się o czytanie z dwóch perspektyw naraz, psychologicznej i seksuologicznej, bo mało co pokazuje równie celnie, że jedzenie nie jest tylko jedzeniem.
Premiera książki dobyła się 6 maja 2026 roku. Książka została wydana nakładem Wydawnictwa Cyranka, można zakupić ja tutaj.
„Girl dinner”: od trendu z TikToka do książki
Zanim „Girl dinner” stało się tytułem debiutanckiej książki Justyny Hrycyk, było dźwiękiem z TikToka. W 2023 roku Olivia Maher pokazała swój talerz: chleb, ser, winogrona, kilka ogórków. Nazwała to „Girl dinner”, posiłkiem dziewczyny, która nie gotuje, tylko podjada to, na co ma ochotę, kiedy nikt nie patrzy. Trend rozszedł się po świecie w dwóch sprzecznych formach odczytu naraz.
Dla jednych był wyzwoleniem: koniec z obowiązkiem stania przy garach dla całej rodziny, zgoda na to, żeby zjeść po prostu to, co się lubi.
Dla innych, i tu głos zabrały dietetyczki oraz osoby pracujące z zaburzeniami odżywiania, był ładnie opakowaną zgodą na jedzenie za mało: restrykcją przebraną za uroczą, dziewczęcą zabawę.
Hrycyk nie wybiera żadnej z tych stron, i to jest pierwsza rzecz, którą chcę o tej książce powiedzieć. „Girl dinner” nie moralizuje ani nie zachwyca się sobą. Zostaje w miejscu, w którym przyjemność i wstyd siedzą przy jednym stole.
Zmysłowa proza, która kapie na brodę
To nie jest powieść z fabułą. Hrycyk buduje opowieść z krótkich scen i wspomnień, w których jedzenie za każdym razem znaczy co innego: raz bliskość, raz samotność, raz zmęczenie, raz władzę. Punktem wyjścia jest praca w gastronomii i to z niej wyrastają najmocniejsze fragmenty. Autorka pisze o smażeniu placków, o barszczu z torebki, o rozpuszczalnej kawie, o kukurydzianych chrupkach jedzonych prosto z paczki. To jedzenie tanie, codzienne, często wstydliwe. Jej prozę pochłania się łapczywie i z lekkim zażenowaniem, jak przekąskę zjedzoną szybko i po kryjomu.
Jak ujęła to w rekomendacji Emilia Konwerska, proza Hrycyk kapie nam na brodę i brudzi sukienkę. Czyta się ją trochę łapczywie, trochę wstydliwie, jak nocne stanie przy otwartej lodówce.
Jedzenie to nasza pierwsza relacja
Z perspektywy gabinetu najciekawsze jest to, jak Hrycyk pokazuje, że relacja z jedzeniem nie dotyczy tylko jedzenia. Jest naszą pierwszą relacją w ogóle. Zanim nauczymy się słów, uczymy się, że karmienie to opieka, a bycie nakarmionym to bycie kochanym. I bardzo szybko uczymy się, że ta miłość rzadko przychodzi czysta.
U Hrycyk pojawiają się ciotki i babcie, których ciasta smakują jednocześnie czułością i przymusem. Każda osoba, która pracuje z ludźmi nad ich historią, dobrze zna ten smak. To miłość podana razem z obowiązkiem: zjedz, bo się starałam, zjedz, bo inaczej się obrażę. Jedzenie bywa językiem troski, jednak bywa też językiem kontroli, nagrody i kary, i uczymy się go w domu, wcześnie, zanim ktokolwiek nas o to zapyta.
Głód i pożądanie to ten sam apetyt
Tu wchodzi drugie spojrzenie, seksualne, i dla mnie to jest sedno tej książki. Głód i pożądanie to ten sam rejestr ciała. Jedno i drugie jest apetytem. Jedno i drugie mówi „chcę”. I obu kobiety uczą się nie ufać. Nieprzypadkowo w spisie smaków Hrycyk mieści się rosół pity po seksie: dwie cielesne satysfakcje jedna po drugiej, bez granicy, którą kultura tak chętnie między nimi rysuje.
Wstyd przed jedzeniem i wstyd przed chceniem wyrastają z jednego korzenia, z ciała kobiecego, które ma być zdyscyplinowane, zajmować mało miejsca i nie domagać się zbyt wiele. Kiedy uczysz się jeść „grzecznie”, uczysz się też pragnąć „grzecznie”. „Girl dinner” ten węzeł rozplata, nie tłumacząc go, po prostu pokazując ciało, które je, pamięta i chce naraz.
Wina i spełnienie przy jednym stole
Największą siłą tej książki jest to, że niczego nie zamyka. Autorka mówi wprost, że można odpłynąć jednocześnie w poczuciu winy i spełnienia, porażki i triumfu. W terapii nazywamy to ambiwalencją i jest to jedno z trudniejszych doświadczeń do udźwignięcia, bo chciałybyśmy, żeby przyjemność była czysta, a kiedy nie jest, szukamy winy.
Hrycyk nie pozwala osobie czytającej uciec w żadną stronę i, paradoksalnie, właśnie to bywa wartościowe: nazwany wstyd traci część swojej mocy. Kiedy ktoś ubiera w słowa to, co przeżywało się po ciemku i w pojedynkę, przestaje to być tal prywatne,. tak bardzo wstydliwe, tak wysoce negatywne – staje się czymś wspólnym.
Jeśli jednak Twoja relacja z jedzeniem albo z ciałem jest źródłem realnego cierpienia, ta książka może być dobrym towarzyszem. Jednak towarzysz to nie to samo co pomoc. Literatura potrafi nazwać i ulżyć; jednak nie zastąpi rozmowy z osoba, która specjalizuje się w pracy pomocwej, kiedy jej potrzebujesz.
Dla kogo jest „Girl dinner”?
Polecam ją szczególnie osobom, które lubią prozę zmysłową, konfrontującą i szczerą; Hrycyk potrafi być czuła i brutalna w jednym akapicie. Osobom, które w relacji z ciałem, jedzeniem czy własnym apetytem noszą jakąś niezałatwioną sprawę. I są gotowe się z nią na moment spotkać.
A także każdemu, kto myśli, że „Girl dinner” to tylko uroczy talerzyk przekąsek. Ta książka pokazuje, ile pod tym talerzykiem naprawdę leży.




