31 lipca obchodzony jest Narodowy Dzień Orgazmu. Święto nieoficjalne, bez instytucji za plecami, obchodzone od początku lat dwutysięcznych głównie w krajach anglojęzycznych. Nadaje się całkiem dobrze na pretekst do rozmowy.
W badaniu seksualności Polek, przeprowadzonym w lipcu 2023 roku przez Instytut Badań Pollster na zlecenie Gedeon Richter na próbie 1076 kobiet w wieku 18–69 lat, znalazły się obok siebie dwie liczby. Prawie co trzecia badana kobieta ma orgazm za każdym razem, kiedy się masturbuje. Za każdym razem podczas seksu z partnerem lub partnerką – 17 procent.
To ta sama próba. Te same kobiety, te same ciała, ten sam kwestionariusz. Zmienia się jedna zmienna: obecność drugiej osoby.
Zdanie, które pada w gabinecie
Kiedy pokazuję te dwie liczby razem, reakcja bywa dwutorowa. Najpierw ulga, że “to nie tylko ja”. Potem, zwykle w tej samej minucie, coś w rodzaju: “no dobrze, ale skoro sama potrafię, a z nim nie, to znaczy, że coś jest ze mną nie tak.”
To zdanie słyszę w wielu wersjach. Czasem brzmi jak diagnoza (“jestem chyba oziębła”), czasem jak wyrok (“mam po prostu za dużo w głowie”). Jednak czasem również jak pretensja do własnego ciała, które rzekomo “nie współpracuje”. Prawie zawsze jest wypowiadane cicho i po dłuższej pauzie.
Tymczasem te dane mówią coś odwrotnego. Ciało, które osiąga orgazm w jednych warunkach i rzadko w innych, jest ciałem sprawnym. Nie zawodzi – reaguje na warunki.
Co się dzieje, kiedy jesteś sama ze sobą?
Warto się przez chwilę zatrzymać nad tym, co konkretnie jest inne, bo to nie jest oczywiste, dopóki się tego nie nazwie.
Sama ze sobą nie masz zegara. Nikt nie czeka, aż skończysz, i nikt się nie nudzi. Nie sprawdzasz cudzej miny ani nie kalkulujesz, czy druga osoba się nie zniechęci. Kiedy coś przestaje działać, zmieniasz, bez negocjacji i tłumaczenia. Nie musisz też nikomu udowadniać, że jest dobrym kochankiem/kochanką. Robisz dokładnie to, co działa, bo tylko ty wiesz, co to jest, i nie musisz tego nikomu opowiadać.
Z drugą osobą znika większość tych warunków naraz. I to nie dlatego, że partner/partneka jest zły/zła. Dlatego, że scenariusz, według którego większość z nas się kocha, ich nie przewiduje.
Scenariusz i anatomia
Amerykańskie badanie zespołu Debby Herbenick, opublikowane w 2018 roku w Journal of Sex & Marital Therapy na reprezentatywnej próbie 1055 kobiet w wieku od 18 do 94 lat, rozbija ten scenariusz dość bezlitośnie. Sam stosunek wystarcza do orgazmu 18,4 procentom badanych. Dla 36,6 procent stymulacja łechtaczki jest do orgazmu konieczna, a kolejne 36 procent mówi, że konieczna nie jest, jednak z nią orgazm jest lepszy.
Zsumuj dwie ostatnie liczby, a wyjdzie blisko trzy czwarte kobiet, dla których łechtaczka jest albo warunkiem, albo różnicą między „było ok” a „było naprawdę dobrze”. A dominujący scenariusz jest taki: krótka “rozgrzewka”, potem penetracja, potem koniec, często bo on skończył. Ten scenariusz traktuje ją jak opcjonalny dodatek do części właściwej. Przy takim rozumieniu tematu, 17 procent przestaje wyglądać na problem kobiecych ciał. Zaczyna wyglądać na przewidywalny wynik.
Jest jeszcze jedna liczba, która to domyka. W analizie ponad 52 tysięcy dorosłych Amerykanów (Frederick i in., Archives of Sexual Behavior) zwykle albo zawsze orgazmu doświadcza 95 procent heteroseksualnych mężczyzn, 86 procent lesbijek i 65 procent heteroseksualnych kobiet. Kobiece ciało nie zmienia budowy w zależności od tego, z kim jest w łóżku lub orientacji psychoseksualnej. Zmienia się to, co się w tym łóżku dzieje, ile trwa i co uchodzi za moment, w którym seks się kończy.
W tym samym badaniu kobiety doświadczające orgazmu częściej, częściej też otrzymywały seks oralny, dłużej się kochały, były bardziej zadowolone ze związku i prosiły o to, czego chcą. To współwystępowanie, nie dowód przyczyny. Badanie nie mówi, co było pierwsze. Jednak całkiem precyzyjnie wskazuje kierunek, w którym warto szukać, i nie jest to kierunek „napraw swoje ciało”.
Pułapka dnia orgazmu
Tu jest miejsce na zastrzeżenie, bo dzień przeznaczony na świętowanie orgazmu bardzo łatwo zamienia się w kolejny cel do odhaczenia. Skoro inne kobiety mają, to ja też powinnam, najlepiej dziś i najlepiej podczas.
To akurat działa przeciwko tobie. Masters i Johnson opisali kiedyś mechanizm, który nazwali spectatoringiem: zamiast być w doznaniu, obserwujesz siebie z zewnątrz i oceniasz przebieg. Czy już? Wystarczająco? Czy on widzi, że nie? Uwaga, która powinna być w ciele, siedzi w głowie i prowadzi statystykę. Trudno o gorszy warunek dla podniecenia. Połowa badanych Polek przyznaje zresztą, że zdarzyło im się udawać orgazm, a to jest właśnie ten mechanizm w praktyce: skoro ma być wynik, to niech przynajmniej wygląda na wynik.
Dlatego pierwsze pytanie na sesji zwykle nie brzmi „jak częściej dochodzić”. Brzmi raczej: co ci się właściwie podoba, skąd to wiesz i kiedy ostatnio powiedziałaś to komuś na głos.
Co się zmienia w praktyce
Kobieta, która przychodzi z tym tematem, na ogół nie potrzebuje nowej techniki. Zwykle potrzebuje trzech rzeczy w tej kolejności: wiedzieć, co lubi; umieć to nazwać; powiedzieć to bez poczucia, że stawia wygórowane żądanie albo wystawia komuś ocenę. Dopiero po tym pojawia się przestrzeń na cokolwiek innego. Jednak bardzo często jest tak, że trudno o tym rozmawiać. Nie wspominając już o tym, że część z nas nie wie co lubi.
To jest praca, którą da się zrobić, i najczęściej jest mniej dramatyczna, niż się wydaje z zewnątrz. Bywa też, że najtrudniejszą częścią nie jest łóżko, tylko wszystko, co je poprzedza: wstyd wyniesiony z domu, zakorzenione przekonania, “prawda” isiłuszana w kościele, komunikaty dotyczące ciała czy seksualności z kultury, że pragnienie jest podejrzane, przekonanie, że na przyjemność trzeba sobie zasłużyć, i wieloletnie przekonanie, że o takich rzeczach się nie mówi, bo nie ma słów.

