Aplikacje do śledzenia cyklu, smartwatche i brokerzy danych wiedzą o Twojej płodności więcej niż Twój lekarz. I mogą tą wiedzą swobodnie handlować. Relacja certyfikowanej seksuolożki i seks coachyni ze spotkania “Privacy, period” na Uniwersytecie Kalifornijskim San Francisco – o tym, kto naprawdę ma dostęp do danych o Twoim ciele i jak je chronić.
Relacja ze spotkania zorganizowanego przez Science Policy Group na University California San Francisco, 2026.
Pracuję z ludźmi wokół tego, co najbardziej intymne: cyklu, płodności, seksualności, decyzji o tym, czy i kiedy mieć dzieci. Dlatego gdy zobaczyłam zaproszenie na spotkanie “Privacy, period” przygotowane przez naukowczynie z Science Policy Group na Uniwersytecie Kalifornijskim w San Francisco, zdecydowałam się na wzięcie w nim udziału bez wahania.
Zakończyłam spotkanie z ogromem myśli i zapisanymi notatkami oraz kluczowym przekazem całej rozmowy: paternalizm, patriarchat, determinizm. Poniżej dzielę się tym, co z tego spotkania wynoszę jako psycholożka, certyfikowana seksuolożka i seks coachyni. Pisze też dlaczego uważam, że dotyczy to każdej osoby, która kiedykolwiek wpisała datę okresu w aplikację.
Trzy słowa, które porządkują temat
- Paternalizm – to wciąż obecna w medycynie postawa, w której to osoba lekarska “wie lepiej”, jaka metoda antykoncepcji jest odpowiednia. Jedna z prelegentek przypomniała, że celem modelu opartego na zgodzie (consent model) jest dopasowanie metody do osoby. Sposobem działania nie może być zatem rekomendowanie metody, która jest najwygodniejsza z punktu widzenia systemu. Równolegle padł przykład, który sama znam z gabinetu: osobom poniżej 25 roku życia odmawia się pewnych zabiegów dotyczących płodności, nawet jeśli wyraźnie tego chcą. W przypadku Polski zastosowanie podwiązania jajowodów nie jest możliwe (jest to zabieg nielegalny). Jednak już wazektomia, jak najbardziej jest (choć nie jest refundowana przez NFZ). To nie jest troska. To jest decydowanie za kogoś.
- Patriarchat – widać go w tym, czego w kształceniu medycznym po prostu nie ma. Na spotkaniu mówiono wprost o braku systematycznego szkolenia na temat cyklu menstruacyjnego. Jeśli nawet osoby, które mają nas leczyć, nie uczą się o cyklu, to trudno się dziwić, że tak wiele kobiet przez lata zbiera własne dane w aplikacjach. Przecież gdzieś muszą to robić. Bardzo przypomina mi to temat łechtaczki, o czym pisałam tutaj.
- Determinizm – i tu robi się najpoważniej. Dane o naszym ciele coraz częściej służą nie nam, lecz do przewidywania, kim będziemy i co z nami zrobić.
Czyje są dane o Twoim cyklu?
Najmocniejsza część spotkania dotyczyła tego, co dzieje się z informacjami o płodności i cyklu po tym, jak opuszczą nasz telefon.
- Brokerzy danych. Nasze dane są produktem. Informacje o cyklu, ciąży, poronieniu czy przerwaniu ciąży są kupowane i sprzedawane. W Stanach Zjednoczonych mogą zostać użyte w postępowaniach karnych przeciwko kobietom, np. za domniemane lub rzeczywiste dokonanie aborcji. Dlatego aplikacje śledzące cykl, nie są w pełni bezpieczne, a z pewnością nie wszystkie.
- Ryzyko kryminalizacji. Dla osób, które potrzebują aborcji, ślad cyfrowy – w tym to, co same publikują w mediach społecznościowych – może stać się materiałem dowodowym lub powodem do prześladowania.
- Państwo jako klient. Na mocy tzw. doktryny strony trzeciej (third-party doctrine) instytucje publiczne mogą kupić od firm dane o płodności kobiet, zamiast występować o nie formalnie.
- „Wellness”, nie „medycyna”. Firmy technologiczne pilnują, by nie nazywać tego, co robią, działalnością medyczną. Wówczas obowiązywałyby je amerykańskie przepisy o ochronie danych zdrowotnych (HIPAA). Dlatego Apple Watch, Oura Ring i podobne urządzenia mówią o „wellness”. To nie jest przypadkowe słowo, a zastosowanie furtki prawnej.
- Algorytmy, które decydują za Ciebie. Wnioski predykcyjne wyciągane z takich danych mogą trafić tam, gdzie się tego nie spodziewamy. A dodatkowo zostać wykorzystane na przykład po to, by komuś nie dać awansu. Podobne sytuacje dotyczy dyskryminacji na tle rasowym w ramach zatrudniania ludzi.
Co z tym robi stan Kalifornia?
Na spotkaniu mówiono o kalifornijskim prawie ochronnym (shield law), które ma działać jak tarcza. Nawet jeśli inny stan zwróci się o dokumentację potrzebną do ścigania karnego, władze stanowe mają odpowiedzieć “nie”. Przykładowo, instytucja innego stanu może żądać wydania takich danych. Zgodnie z zasadą prawa ochronnego, stan Kalifornia ma obowiązek chronić osoby obywatelskie i takich danych nie udostępniać. Intencję organizatorki ujęły prosto: chcemy chronić ludzi, nie dane.
Dlaczego piszę o tym jako certyfikowana seksuolożka?
Z racji mojego zawodu, zdaje sobie sprawę z tego, że prywatność to warunek zdrowia seksualnego. Nie da się mówić o świadomej zgodzie, o poznawaniu własnego ciała, o decyzjach prokreacyjnych, jeśli każda z tych rzeczy może zostać odczytana, sprzedana i obrócona przeciwko nam. Paternalizm odbiera nam głos. Patriarchat sprawia, że o naszym cyklu nie uczy się nawet lekarzy. Determinizm zamienia nasze ciała w prognozę.
Z tego spotkania wynoszę trzy proste rzeczy, które możesz zastosować już dziś:
- Sprawdź, co o Tobie wie aplikacja śledząca cykl i komu te dane udostępnia. Jeśli nie potrafisz tego ustalić w pięć minut, to jest konkretna informacja dla Ciebie.
- Traktuj słowo “wellness” w opisie urządzenia jako informację, że Twoje dane nie są chronione tak jak dokumentacja medyczna.
- W gabinecie pytaj o metodę dopasowaną do Ciebie, nie o “najbezpieczniejszą” czy “najbardziej polecaną” w ramach systemu. Wybranie konkretnej metody, to jest Twoja decyzja.
Polskie realia (a także szerzej – europejskie) różnią się od kalifornijskich, jednak mechanizmy – brokerzy danych, urządzenia “wellness”, algorytmy predykcyjne – są globalne. Warto o tym wiedzieć, korzystając z różnych urządzeń czy aplikacji, zanim ktoś zdecyduje za nas.


